Yh… Ostatnio żyję tylko i wyłącznie podróżami innych i pewnie to mi na razie pozostanie. Długie na razie. Ale to i tak fajne, że innym się udaje i mogę o tym napisać. Jeszcze lepiej, że znaleźli się ludzie, którzy zwracają się do mnie z prośbą o pomoc i mają nadzieję, że jak coś o nich napiszę, to może pomoże im to spełnić swoje marzenie. I to nie byle jakie. Pozytywnie
Ale żeby tak też trochę swoim życiem pożyć, to przyszedł ten moment, żeby zabrać się za opisanie Mazur. Chociaż czasu nie ma, to pozbierałam się na tyle, żeby skupić się na tym, co trzeba.
Mazury, czyli 663 km i chociaż odrobina „większego” autostopu w tym roku. Szkoda, że tylko tyle, ale dobrze, że chociaż coś. Nie można przecież w ogóle nie jeździć, bo jeszcze bym się odzwyczaiła, a na przyszły „sezon” mam spore plany i oby się udały. Na razie cicho sza, żeby nie zapeszyć.
Na wstępie (prawie wstępie) pozdrowienia dla Agaty, która zdecydowała się ze mną pojechać i dla Pauliny, która za sprawą CouchSurfingu przyjęła nas w swoje progi. Mimo, że wszystko było raczej bardziej spontaniczne niż mniej. Ale przecież, co tu planować, wystarczy się spakować i pojechać. No to pojechałyśmy. Najpierw (ja) do Katowic, a potem z Katowic do Sosnowca. Autobusem – i to był jedyny środek komunikacji publicznej, z jakiego korzystałyśmy tego dnia. I tutaj ukłon w stronę autostopem.net gdzie ktoś bardzo trafnie wskazał dobre miejsce do łapania. Faktycznie dobre – przy stacji benzynowej (z Katowic np. 805 w stronę Sosnowca – wysiąść bodajże pod szpitalem górniczym i przejść w stronę stacji), z pasem włączającym i ludźmi, którzy jeżdżą tamtędy nawet do Gdańska.
Miejsce idealne, więc wystarczyło tylko zrobić tabliczkę i poczekać. Nie trwało to nawet długo i już zatrzymało nam się auto. O dziwo – z trzema osobami w środku. Zapakowałyśmy się i przez jakiś czas wysłuchiwałyśmy dziwnej rozmowy o organizacji konferencji, opłacaniu przelotów, ekologii i różnych innych sprawach i zastanawiałyśmy się – z kim my to jedziemy? Sprawa wyjaśniła się sama – po postoju na śniadanie w ciekawej restauracji (wg naszych kierowców – miejsce, gdzie mają pewność, że mogą zjeść coś wegetariańskiego, a zupa, jaką zamówią na pewno nie jest na mięsie/kościach/tłuszczu zwierzęcym) – jechałyśmy z nikim innym jak z założycielami Klubu Gaja. Kto kojarzy, ten kojarzy, kto nie kojarzy – niech wpisze w Google i zorientuje się, że coś mu się na pewno obiło o uszy. Reszta podróży minęła w takim razie na rozmowach o organizacji, ekologii, Green Peace, wegetarianizmie, ale nie tylko – także o młodzieńczym buncie, autostopie i wielu innych tematach – jak to podczas jazdy na stopa.
Wysiadłyśmy w Tuszynie* – przed Łodzią, gdzie wykorzystałyśmy postój na zaliczenie toalet na stacji benzynowej i zjedzenie śniadania. Zrobiłyśmy tabliczkę od razu na Łowicz z nadzieją, że może ktoś jedzie i uda nam się ominąć męczące przebijanie się przez Łódź.
Zatrzymał się jeden tir, który źle odczytał naszą tabliczkę i zaproponował nam podwiezienie do Łodzi. Musiałyśmy odmówić. Dosłownie po chwili zatrzymał się drugi tir, który też źle przeczytał – i też zaproponował nam podwiezienie do Łodzi, albo ogólnie na trasę nr 1. Odmówiłyśmy, ale coś nas zaczęło zastanawiać. Kierowca widocznie też się zastanawiał, bo wyszedł ponownie z tira i wspólnie przeanalizowaliśmy mapę. Okazało się, że nie wpadłyśmy na lepsze rozwiązanie naszej trasy, a podsunął nam ją nasz kierowca. No, więc jednak skorzystałyśmy z okazji i zapakowałyśmy się do tira, który wiózł pył węglowy. Pomijając korzyść płynącą z tego, że pomógł nam obrać lepszy kierunek w drodze i uniknęłyśmy długiego łapania i pewnie skazania na przechodzenie pieszo Łodzi (sic!), dowiedziałyśmy się wielu ciekawych rzeczy. Historii z (życia) tira wziętych, a także tego jak przewożone jest mleko (nigdy bym się nie spodziewała, że robią z nim takie cyrki jak wożenie dwóch półproduktów, a nie całego mleka, żeby nie kradli O.o).
W okolicach bodajże Zgierza i stacji benzynowej kierowca zaproponował, że przez CB radio zapyta, czy ktoś nie jedzie do naszego Łowicza, bo jest tam jakaś trasa i może ktoś będzie jechał, ale w sumie nie wie … Przytaknęłyśmy z ochotę i w parę sekund później zjeżdżaliśmy na stację benzynową, przy której staliśmy na światłach. Nasz następny tir stał parę samochodów za nami. I tak oto złapałyśmy transport prosto do Łowicza bez zbędnego chodzenia i czekania.
Wdrapałyśmy się do niebieskiego DHL i z kolejnym sympatycznym kierowcą podjechałyśmy pod Łowicz. I to w zasadzie pod centrum, tak jak nam pasowało(kierowca podjechał pod jakieś światła, tłumacząc nam, że jak tu wyjdziemy, to na przestrzał mamy centrum i będziemy mieć bliżej). Wysiadłyśmy, więc i idąc do centrum odbębniłyśmy nasz najdłuższy marsz. Ale same chciałyśmy. O dziwo Łowicz, który kojarzony może być z dżemem, mlekiem, folklorem (patrz: opakowanie tego mleka i kobieta w stroju ludowym), wcale folklorem nie „pachnie”. Miasto jak miasto. Jedyne, co nas trochę zdezorientowało to podział na nowy rynek i stary rynek, trójkątny rynek … Nadal dokładnie nie rozumiem koligacji między tymi rynkami, ale pamiętam, że Łowicz jest jedynym miastem w Polsce i jednym z trzech w Europie, który posiada trójkątny rynek. Nie ma to jak sposób na bycie wyjątkowym
Po zjedzeniu zupy w rynkowej restauracji, poszłyśmy na drugi rynek, gdzie miała przyjechać po nas Paulina, czyli nasz host w okolicach Łowicza. Przyjechała, zabrała do domu (wieś w okolicach) i zaczęła gotować. W sumie jak zaczęła, to skończyć nie umiała, ale dobrze rozumiem ten pęd gotowania, bo sama byłam w takim ciągu. Musiałyśmy się jednak podzielić trochę robotą, to wykorzystałam też niesamowity i zaskakujący ciąg do zmywania i pozmywałam. Chociaż nie było tego dużo. Poznałyśmy całą sympatyczną rodzinę i bez skrępowania przesiedziałyśmy naprawdę sporo przy kuchennym stole, rozmawiając na naprawdę różne tematy. Z samą Pauliną też poruszyłyśmy wiele tematów. I nikt nie miał mi za złe, że o 7 rano chciałam obejrzeć mecz. Znaleziono dla mnie telewizor, włączono i mogłam sobie oglądać swoją siatkówkę, a nawet jakieś zainteresowanie ogólne to wywołało
Następnie zostałyśmy podwiezione pod stację benzynową w Kompinie, gdzie z lekką dezaprobatą spojrzałyśmy na pobocze. Beznadziejne. Stwierdziłyśmy, że tir na pewno się nie zatrzyma, skoro nawet zwykła osobówka może mieć problem. No, ale trudno. Pamiętając hasło z „poradnika autostopowicza” można łapać na miejsce genialne, a można spróbować ewentualnie w tak beznadziejnym, że zatrzyma się ktoś, żeby przynajmniej powiedzieć, że „Tu nic nie złapiesz, podwiozę cie w lepsze miejsce”. Zrobiłyśmy tabliczkę i stałyśmy, patrząc ze smutkiem na często przejeżdżające tiry, z których nie mogłyśmy „skorzystać”. I byłyśmy mocno w błędzie, bo pierwszym autem, jakie się zatrzymało był właśnie tir. Z Litwinem za kierownicą. Trochę zajęło nam dogadanie się gdzie chcemy jechać, jak to rozwiążemy. Zrozumiałyśmy, że nasz Litwin jedzie do Warszawy, więc zdecydowałyśmy się wyskoczyć w okolicach ronda w Sochaczewie. Nasz kierowca jednak protestował i nie za bardzo wiedziałyśmy, o co mu chodzi. Zrozumiałyśmy jak nie skręcił na Warszawę, tylko pojechał inną (dłuższą) trasą do Zakroczymia, by wyrzucić nas w okolicach wylotówki dokładnie w naszą stronę. A sam odbił potem na Warszawę. Po drodze jeszcze częstował nas specyficznym litewskim chlebem, oferował, że odda nam cały bochenek, był bardzo miły, uczynny. I w sumie jak każdy kierowca tira za bardzo nie przejmował się gabarytami swojego samochodu – zatrzymał auto w zasadzie na ulicy, żeby skoczyć do sklepu po polskie piwo. No cóż, można i tak
W Zakroczymiu szłyśmy ścieżką przy drodze, szukając odpowiedniego miejsca, aż minął nas facet na rowerze z donośnym okrzykiem, że to trzeba łapać, łapać i nie czekać, bo auta uciekną. Posłuchałyśmy więc, pas „pobocza” niby był, więc wyciągnęłyśmy tabliczkę i łapałyśmy. Po jakimś czasie stwierdziłyśmy, że nazwę miejscowości na tabliczce trzeba chyba zmienić, ale nie miałyśmy już żadnego kartonu. No to postanowiłyśmy łapać na tradycyjny kciuk. Po chwili zatrzymało się auto z młodymi ludźmi i jednym autostopowiczem, które jechało dokładnie do Olsztyna – czyli tam, gdzie wypisaną miałyśmy, dopiero, co schowaną tabliczkę. Nasi kierowcy jak się okazało, sami sporo zjeździli na stopa, więc wspólny język został od razu znaleziony.
Niestety okazało się, że jadą do Olsztyna, ale od drugiej strony, w zasadzie do jakiejś okolicznej wsi, niż do centrum. I niestety posłuchałyśmy rady, żeby zjechać z drogi krajowej, gdzie podobno mieli jeździć ludzie już prosto do naszej miejscowości. Może i jeździli, ale nie chcieli się zatrzymywać. Zmarnowałyśmy w Napiwodzie (bo tak nazywało się miejsce, w którym zaczął się mały koszmar) sporo czasu – najpierw na jedzenie i obijanie się pod sklepem, potem na szukanie toalety (dziękujemy Paniom ze sklepu meblowego za uratowanie w potrzebie), a potem na złapanie czegoś konkretnego.
W końcu zatrzymało się jakieś auto, które jechało do sąsiedniej wsi – Zimnej Wody. Ok. 10km, ale byłyśmy gotowe przyjąć wszystko, żeby tylko się stamtąd wydostać. I tak też później wyglądała nasza podróż. Kontrastowo do dnia wcześniejszego, gdzie udało nam się zrobić długą trasę jednym autem. Na szczęście w Zimnej Wodzie złapałyśmy starsze małżeństwo jadące do Kokoszek, czyli ok. 64km. Później znowu krótkie podwózki, na które trzeba było trochę czekać.
Kokoszki – Stare Kiełbonki – mężczyzna, który podejrzewam, że wyskoczył do sklepu po alkohol i paprykę, pomidory, ogórki na przekąski – przynajmniej to miał na tylnym siedzeniu. Podwiózł nas 17km.
Znowu stałyśmy, znowu łapałyśmy, a godzina coraz późniejsza. Krążyłyśmy wokół naszego celu strasznie i jakoś dojechać nie umiałyśmy. Znowu zatrzymało się małżeństwo, jadące tylko kawałek (14km), bo odbijało w Pieckach na Mikołajki.
W Pieckach w końcu nam się poszczęściło i zatrzymał się młody chłopak jadący do … Olsztyna – czyli wróciłyśmy do punktu wyjścia. I w ten oto sposób udało nam się dojechać na miejsce. Dosłownie w samą porę, dosłownie na ostatnią chwilę.
A reszta potem, bo i tak się rozpisałam
Trzeba to jakoś dozować, albo ktoś powinien mnie w końcu nauczyć, żeby tyle nie gadać/pisać
Trasa przerobiona w ciągu tych dwóch dni – 509km – 10 kierowców
*Niektóre nazwy miejscowości mocno orientacyjne, bo wysiadałyśmy „gdzieś tam” i to chyba były te miejsca
Pozdrawiam,
Paulina
PS A ja jutro będę się Hey’ować
Packa, naucz mnie tak pisać przed maturą, proszę *o*
opisane świetnie, ogólnie ciekawie tam miałyście, czekam na dalszą część ;D
(podeślij mi potem bo nie znajdę xD)