Ostatni dzień naszego łażenia i wyprawa nad Solinę. Ostatni dzień, a zarazem … trzeci (pomijając przyjazd). Czy jest tutaj ktoś, kto nie słyszał o „Syndromie Dnia Trzeciego?” Kiedy to człowieka wszystko boli i kiedy nic mu się nie chce? Nas to dopadło. Wyszłyśmy na drogę prowadzącą do Olszanicy i zaczęłyśmy łapać stopa. Jedno auto przejechało bardzo szybko obok nas, potem drugie – ale to już się zatrzymało. Pierwsze cofnęło się i wróciło, a zaraz potem stanęło trzecie. Stwierdziłyśmy, że to nie do nas, tylko tak po prostu. Upewniłyśmy się przy tym, gdy drzwi z pierwszego się otworzyły i kobieta pytała się następnych, czy Andrzej się zatrzymał.
Ruszyłyśmy dalej, olewając trzy samochody, z nadzieją, że może coś jeszcze się zatrzyma.
-Hej, macie tam miejsce na jedną autostopowiczkę? Bo nam się obydwie nie zmieszczą!
Dopiero wtedy się zatrzymałyśmy, trochę nie wierząc w to, co się stało. Rozdzieliłyśmy się, wskoczyłyśmy do auta i jak się okazało – trafiłyśmy na ludzi, których widziałyśmy w kościele. Dowiedziałyśmy się (każda w swoim aucie), że zatrzymali się, bo sami wczoraj próbowali łapać stopa i nikt im nie stanął. Dodatkowo wczoraj wpakowali się na jakąś trasę, gdzie cali się pokaleczyli i podejrzewają, że ostatnią osobą, która tym szlakiem przeszła, była ta, która ją wyznaczała.
Dodatkowo jak już się okazało w Olszanicy – Magda trafiła na auto z tym cwaniaczkiem, który nabijał się z jej glanów
Jaki to świat jest mały. I to akurat jak poszłyśmy do kościoła (bo ja to tego nie robię normalnie).
W Olszanicy stwierdziłyśmy, że złapiemy stopa aż na Lesko, a nie do Uherców (Uherzec?) i stamtąd albo przejdziemy się dłużej nad Solinę, albo złapiemy stopa. I nadal nam się nic nie chciało.
Złapałyśmy stopa do Leska i jechałyśmy z facetem, który na tylnym siedzeniu wiózł otwartą butelkę koniaku. Wziął także jeszcze jednego stopowicza, który niestety był nie do końca normalny psychicznie. Ale my nie narzekamy! Wywiózł nas na rondo, gdzie musiał odbić, ale nam to pasowało, bo odbijała też tam trasa na Solinę. Poszłyśmy jednak wcześniej do sklepu kupiłyśmy Dan Mleko i coś do jedzenia. Potem znalazłyśmy cudowną miejscówkę. Opuszczona Biedronka! Sam mhrok!
Posiedziałyśmy chyba z godzinę na parkingu opuszczonego marketu, popatrzyłyśmy na mapę i zaczęłyśmy pisać tabliczkę na następną miejscowość. Na rondzie dwóch chłopaczków łapało stopa. O dziwo ktoś im się zatrzymał (bardzo o dziwo – nie tylko ze względu na ich wygląd – czyli czapki z daszkiem, workowate bluzki i spodnie baaardzo luźne w kroku, ale także miejsce, w którym łapali – w zasadzie jeszcze na rondzie, ze ścisłym zakazem zatrzymywania się). Ludzie z samochodu krzyczeli im, że mają szybko wsiadać, bo nie wolno tu się zatrzymywać, a Ci jeszcze wybrzydzali, że nie jadą bezpośrednio tam gdzie chcieli. A wywnioskowałyśmy, że też wybierali się nad Solinę.
My natomiast grzecznie pozbierałyśmy się z parkingu i przeszłyśmy kawałek w poszukiwaniu lepszego miejsca. Przy okazji zatrzymałyśmy się na moście, gdzie dość długo zastanawiałyśmy się, czy nie zakończyć naszej podróży i nie posiedzieć tam. Takiego lenia miałyśmy.
Ale pokonałyśmy go, przeszłyśmy jeszcze trochę i dalej łapałyśmy. Zatrzymał nam się facet na poznańskich blachach, który wyglądał trochę jak Niemiec. Akcent też miał taki trochę niemiecki. I zachowywał się tak, że naprawdę mógłby być Niemcem. Ale był bardzo sympatyczny i podwiózł nas tam gdzie chciałyśmy.
Znowu zamiast iść, zrobiłyśmy tabliczkę z nazwą miejscowości, gdzie miałyśmy odbijać na Solinę i tamę. Ale zatrzymało się starsze, bardzo sympatyczne małżeństwo, które zaproponowało trochę inne rozwiązanie i zawiozło nad do Polańczyka, gdzie weszłyśmy nad Solinę od trochę innej strony. I była to bardzo miła podróż, bo nie dość, że nie mówili nam, jaki to autostop jest niebezpieczny, to rozmawiali z nami na różne tematy, nazywając „Sikoreczkami”. Cieszyli się, że jeździmy w dwójkę i polecili na siebie uważać. Mijaliśmy szkołę, w której kiedyś uczyli – jak się okazało – obydwoje byli nauczycielami – i stąd mąż mówił do swojej żony „Pani Profesor”.
Widocznie ten Polańczyk był nam pisany, bo idąc w stronę jeziora, ktoś mnie zaczepił. Olałam sprawę, nawet nie odwracając się, bo nie chciałam wdawać się w dyskusję z jakimiś debilami. Jak się okazało, nie był to żaden debil, tylko mój stary znajomy z Częstochowy, z którym od lat jeździłam na ten sam obóz zimowy. I żeby akurat w takim miejscu się spotkać!
Ruszyłyśmy potem nad wodę, totalnie nieprzystosowane do rozebranego, bikiniastego i bosego towarzystwa (nasze glany , buty trekkingowi i plecaki nie pasowały na plażę. Pozostało nam się cieszyć, że nie wzięłam kijków…). Posiedziałyśmy chwilę, ale nie było, co robić. Więc jadłyśmy. Niestety paprykarz nie podszedł nam za bardzo do gustu. Próbowałyśmy złapać wodostopa, żeby, chociaż trochę wykorzystać jezioro tak jak się powinno, ale byłyśmy po złej stronie jeziora, gdzie było za płytko, żeby ktokolwiek mógł przypłynąć. Po jakimś czasie siedzenia i nicnierobienia, zerknęłyśmy na niebo i stwierdziłyśmy, że możnaby wracać. To wróciłyśmy. W Polańczyku łapałyśmy stopa. Nie musiałyśmy robić tabliczki, bo miałyśmy gotowe z drogi nad Solinę. Ludzie z przystanku może i patrzyli na nas z lekkim niedowierzaniem, ale to ich strata – bo my po chwili złapałyśmy starego Lublina załadowanego robotnikami, którzy jechali na budowę przez Lesko. Załadowałyśmy się do tyłu wraz z uprzężami, łopatami i różnym takim sprzętem. Robotnicy najpierw proponowali nam wodę, której mieli za dużo, a potem częstowali wódką, ale odmówiłyśmy.
Wysiadłyśmy w Lesku, gdzie przeszłyśmy się po mieście, zjadłyśmy obiad i ruszyłyśmy na wylotówkę w stronę Olszanicy. Zaliczyłyśmy jeszcze po drodze toaletę w knajpie, gdzie przyjmowano także zakłady bukmacherskie. Na drzwiach było napisane, że toaleta płatna, w klucz w barze, więc poczekałyśmy aż Pani przyjmie zamówienie i oznajmiłyśmy, że chcemy skorzystać z toalety.
-Proszę bardzo.
I sobie poszła. No nic, zawsze to lepiej postać pięć minut, żeby uzyskać zgodę na skorzystanie z toalety i niepłacenie, niż czekanie i płacenie. Zrobiłyśmy, co swoje i ruszyłyśmy w poszukiwaniu dobrego miejsca.
Nie wyglądało to zbyt optymistycznie, bo pobocza nie było żadnego, a znaki informowały, że przez najbliższych kilka kilometrów czekają nas same zakręty. W końcu po chwili marszu zobaczyłyśmy zjazd na małą dróżkę w bok i przerwę między jedną serią zakrętów, a drugą.
-Magda, może tutaj?
-Może…
Akurat jechały auta, to wystawiłyśmy tabliczkę. Pierwsze auto przejechało bez „słowa”, drugie zjechało na pobocze. Z szeroko otwartymi oczami podleciałyśmy do kierowcy, który faktycznie, chciał zawieźć nad do Olszanicy.
Był chyba mocno wstydliwy, bo po drodze prawie w ogóle się nie odzywał. W momencie, gdy chciałyśmy wysiadać, okazało się, że jedzie dalej i może nas podwieźć do naszej wsi. Z tym, że chciałyśmy zrobić jeszcze zakupy. Stwierdził, że też coś musi kupić i poczeka. Skoczyłyśmy do delikatesów, nakupiłyśmy pełno rzeczy, w tym piwo dla Państwa Rodziców i Ewy w podziękowaniu za to, że nas przygarnęli. Wyszłyśmy ze sklepu, a nasz kierowca już na nas czekał. I jak później zobaczyłyśmy – niczego nie kupił, tylko mówił, że musi iść do sklepu, żeby nam nie było głupio…
Po drodze okazało się, że musi skręcić jeszcze przed naszą wsią, ale może nas podwieźć. Zrezygnowałyśmy, żeby go nie naciągać, bo i tak sporo nam pomógł.
I znowu okazało się, że tak musiało być – bo gdy jak żule zatrzymałyśmy się na ławce, żeby coś zjeść i wypić, a potem poszłyśmy oddać butelki i kupić nowe, to spotkałyśmy Panią Mamę, która właśnie chciała kupić sobie i mężowi (Panu Tacie) piwo. Gdyby nas nie spotkała, to to, które my im kupiliśmy by się zmarnowało. I dodatkowo podjechałyśmy autem bezpośrednio pod dom. A przecież mogliśmy się po drodze minąć.
Następnego dnia ruszyłyśmy do domu. Na nasze nieszczęście – PKSem. Bo miało być szybciej, bo Magdzie się śpieszyło na wykłady na 17. I już chyba nigdy nie zrobimy takiego błędu, bo byłyśmy w Katowicach po 18, po męczącej, całodziennej podróży w dusznym autobusie, od którego bolały nas tyłki i miałyśmy dość patrzenia na korki. Jedyny plus to odkrycie taniego baru, rodem z PRLu na dworcu w Tarnowie. Ale i tak … niech żyje autostop!
Zdjęć jak nie było – tak nie ma.
ALE… co tam
Podczas tego Bieszczadowego wyjazdu jechałyśmy 14 samochodami i zrobiłyśmy ok. 240 km
Ale … nie liczy się ilość, a jakość :]
Pozdrawiam,
Paulina