Następnego dnia była niedziela i chociaż miałyśmy w planach różne trasy, w zasadzie nic nie doszło do skutku, co nam się cholernie nie spodobało, no, ale trudno. Tak już jest. Zaliczyłyśmy za to wizytę w kościele, z nadzieją na spotkanie Sebastiana, który pisał nam smsa, że jeszcze na mszy będzie. Sebastiana nie spotkałyśmy, ale stojąc na dworze mogłyśmy podziwiać widoki, księdza w długich włosach, który mijał nas dzień wcześniej na motorze i podziwiał (pomarańczowe) glany Magdy. Także dziecko, które przez całą mszę kombinowało, co by tu zrobić, aż w końcu wlazło do półki pod wózkiem i tam utknęło. W kościele nie byłyśmy jedynymi turystami, bo przyszły też inne osoby z plecakami. W tym rodzinka z młodym chłopaczkiem, cwaniakiem, który przez całą mszę nas wkurzał i nabijał się z butów Magdy i chyba ogólnie z nas.
Potem z Państwem Rodzicami i Ewą wybraliśmy się na Święto Chleba, gdzie pożarłyśmy sporo świeżo pieczonego chleba, posłuchałyśmy różnych zespołów (ruchu, ruchu, ruchu!
), a Magda zjadła największą watę, jaką się da zrobić i zapłaciła za nią tylko 5zł.
W poniedziałek chciałyśmy skoczyć jakimś szlakiem nad Solinę, ale Państwo Rodzice wyszli z propozycją, że zawiozą nas do Ustrzyk Górnych i stamtąd wyskoczymy sobie na Połoninę. Zgodziłyśmy się, chociaż tak naprawdę kręciło nas dojechanie tam na stopa (albo przynajmniej mnie kręciło) i zrobienie dwóch połonin, a może i jeszcze czegoś w jeden dzień. Pan Tata wysadził nas w Brzegach, czyli w miejscu między dwoma połoninami, gdzie miałyśmy do wyboru jedną z nich. Poszłyśmy na Caryńską. Oczywiście już od pierwszych kroków czekałyśmy na miejsce, gdzie ze spokojnym sumieniem mogłybyśmy zacząć jeść. Co, jak co, ale razem z Magdą, gdziekolwiek byśmy nie były – musimy jeść. I o dziwo nie tyjemy. Albo przynajmniej ja nie tyję. Z Magdą. Kiedy indziej, to już inna bajka.
Po jedzeniu poszłyśmy dalej, podziwiając widoki i szukając miejsca na kolejne jedzenie. Magda pozbyła się stanika, twierdząc, że jest teraz typowa turystką. Minęłyśmy po drodze inny rodzaj turystki – ona w przeciwieństwie do Magdy nosiła stanik, ale nie nosiła bluzki. Niestety. I to wielkie NIESTETY, bo swoim … wyglądem … raczej nie zachwycała oczu.
Moje kolana odmawiały posłuszeństwa, ale im się nie dziwię, bo nie doszły do siebie po ekscesach związanych z moją pracą. Za to miałyśmy o wiele więcej okazji na podziwianie widoków. Kolejnym punktem na przerwę i jedzenie miał być czubek ostatniego podejścia, ale gdy zobaczyłyśmy ile tam jest ludzi, postanowiłyśmy pokonsumować trochę wcześniej. Usiadłyśmy na skałkach i zabrałyśmy się za wpieprzanie chleba z pasztetem. Musiałyśmy jednak przerwać, w obawie, że skończy nam się chleb i po drodze umrzemy z głodu. Ruszyłyśmy dalej, zrobiłyśmy sobie zdjęcie na kamieniu, gdzie wszyscy je robili, pstryknęłyśmy fotę zakonnicom, bo nas o to prosiły, i po chwili byłyśmy już na dole – w Ustrzykach, gdzie usiadłyśmy w knajpie i kupiłyśmy dmuchane frytki, na które miałyśmy ochotę od dawna. Potem zadałyśmy sobie pytanie, które chyba powinno wejść nam w nałóg „Na stopa, czy PKS?”. Uparłam się przy stopie, zrobiłyśmy tabliczkę na Ustrzyki Dolne i ruszyłyśmy drogą. Nic się nie zatrzymywało, ale też nikogo nie powinno to dziwić, bo miejsca na stawanie nie było. Za to później doszłyśmy do przystanku, gdzie postanowiłyśmy zostać, bo i miejsce dobre i była tez nadzieja, że jakbyśmy nie zdążyły złapać, to przyjedzie jakiś PKS i pojedziemy taką opcją.
Na szczęście po chwili zatrzymał się facet z dzieckiem. Jak się okazało także byli na Połoninie Caryńskiej, ale trochę inną trasą. I owszem – i mi i Magdzie wydawało się, że przynajmniej tę dziewczynkę widziałyśmy po drodze. Nasz kierowca miał rejestracje z Jaworzna, czyli jak widać – ślązak na ślązaka trafi. Nawet, jeśli to jest tylko Jaworzno. Podwieźli nas nie do Ustrzyk, ale do, Rabe, ale i tak nas to cieszyło, bo wydawało nam się, że teraz jest większa szansa złapać kogoś odpowiedniego, niż przy zejściu ze szlaków.
Przeszłyśmy kawałek, znalazłyśmy odpowiednie miejsce. Albo takie, chociaż trochę odpowiednie. Postanowiłyśmy porobić jakieś zdjęcia ze stopowania, bo takich nie miałyśmy. Oczywiście w momencie, gdy Magda wyciągnęła aparat, zatrzymało się kolejne auto.
Wskoczyłyśmy do środka i po chwili rozmowy wyszło nam, że kierowca i jego żona mieli jechać inną trasą, ale jak już się zatrzymali, to mogą pojechać i przez Ustrzyki Dolne, żeby nas wysadzić po drodze. Po chwili zerkania na mapę, wyszło nam, że skoro jadą nad Solinę, to w zasadzie albo będą jechać przez Olszanicę, albo odbiją w Ustianowej – czyli w zasadzie zaraz przed nią. Po chwili rozmowy padło pytanie czy jesteśmy miejscowe. Odpowiedziałyśmy, że nie, że „Jesteśmy z górnego śląska, okolic Katowic” – czyli zdanie, które zawsze wypowiadam w trasie, bo mało, kto i tak się orientuje skąd konkretnie jestem, a tak przynajmniej ma jakikolwiek zarys, bez zbędnego tłumaczenia. Na co dziewczyna siedząca z przodu odwróciła się i z wielkim uśmiechem powiedziała:
-O. A my som z Piekar!
No to się rozpoczęła gadka. Oczywiście kojarzyli nasze miejscowości, a nawet nasze wsie. W zakątku Magdy podobno nawet na jakimś weselu byli. Zaproponowali nam, żebyśmy pojechali z nimi nad Solinę, ale musiałyśmy zrezygnować, bo zanosiło się na deszcz i burzę, a miałyśmy przed sobą jeszcze dziesięciokilometrowy marsz z Olszanicy do domu.
Wysiadłyśmy w Ustianowej na przystanku, zrobiłyśmy tabliczkę i poszłyśmy łapać. Po chwili usłyszałyśmy padający deszcz.
-Cholera, nie …
Po czym odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy, że coś nie gra. Deszcz pada, słychać go jak leje, ale … nie na nas! Padał 3m obok. Wybuchłyśmy śmiechem, zamiast wykorzystać tę chwilę i przejść gdzieś, gdzie byśmy nie zmokły. Śmiałyśmy się tak długo aż ściana deszczu doszła do nas. Wtedy przestałyśmy i poleciałyśmy na przystanek.
Ubrałam się w mój zielony, przeciwdeszczowy celofanik i poszłam łapać sama, zostawiając Magdę z plecakami pod wiatą. Nikt się nie zatrzymał, ale po chwili przestało padać, więc zrzuciłam okrycie, wyciągnęłyśmy na pokaz plecaki i bach – już jakieś auto stało na poboczu.
Bardzo dziwny kierowca, który nakrzyczał na mnie, że nie zapięłam pasów. I bardzo dobrze, że za niezapięcie pasów mnie opieprzył, tylko szkoda, że zrobił to nim zdążyłam wejść do auta. Ale podwiózł nas do Olszanicy, gdzie wskoczyłyśmy do Delikatesów, kupując jedzenie na drogę (i na marsz do naszej wsi i na dzień następny). Ja kupiłam sobie litr mleka, bo miałam na nie chęć już od dawna. Wyciągnęłyśmy tabliczkę, przeszłyśmy w odpowiednie miejsce i zatrzymałyśmy się w zasadzie na zrobienie sobie kanapek, niż na łapanie. Ale jak przejeżdżało pierwsze auto, to z przyzwyczajenia wyciągnęłyśmy tabliczkę. Oczywiście zatrzymało się, więc w pośpiechu zakręcałam mleko, chowałam jedzenie, zamykałam plecak i ładowałam się do zdezelowanego busika. Szczerbaty i mocno starszy kierowca mówił, że zawiezie nas do samej naszej wsi, ale jak się okazało wyrzucił nas praktycznie w połowie drogi. Z myślą, że zawsze to bliżej, stanęłyśmy na przystanku. Ja wyciągałam jedzenie i piłam mleko, Magda wychodziła z tabliczką, w razie gdyby coś jechało.
Akurat jechało. Zatrzymało się z piskiem opon, kobieta otworzyła okno, przeczytała napis na tabliczce i stwierdziła, że to nie w ich stronę. Już mieli odjechać, gdy po naradzie z kierowcą, stwierdzili, że mogą nas przecież trochę podwieźć.
I mimo tego, że jechali zaledwie trzy domy dalej po tanie, przemycane fajki – podwieźli nas do naszej wsi. Może nie dokładnie pod dom, ale już zupełnie niedaleko. Podróż była bardzo … dziwna i naprawdę wydaje nam się, że dziewczyna była mocno ujarana. Ale co tam! Pozdrawiam, a co
Doszłyśmy do domu i dopiero wtedy rzuciłyśmy się na jedzenie.
Ano…
Ale…
Peeewnie.
Pozdrawiam,
Paulina