Zabieszczaduj dzisiaj z nami … Dzień 1

Anioły są takie ciche, zwłaszcza te w Bieszczadach. I wszystko mają zielone. Ale to, dlatego, że w Bieszczadach wszystko jest „kur*a zielone” jak to określiła moja Eluchna. Każde pasmo gór jest piękne na swój sposób, a Bieszczady urzekają właśnie tą zielenią, ogromem lasów, połonin itd. Dlatego, gdy tylko usłyszałam, że moja koleżanka zostaje w Bieszczadach tylko do wtorku, mimo tego, że był to czwartek – zaczęłam szukać towarzysza podróży. Miałam ochotę na chodzenie po górach, cieszenie się widokiem i może przy okazji przejażdżkę autostopem. I co z tego, że dopiero w piątek wieczorem dostałam odpowiedź od Magdy, że jedzie. Co z tego, że jak zwykle zaczęłam się pakować w środku nocy i jak się okazało – nigdzie nie było mojego plecaka. Nie zwracając uwagi na to, że może i co poniektórych budzę kontaktowałam się ze znajomymi, czy mi ktoś nie pomoże i nie uratuje od wycieczki w reklamówkach. O 6 rano dostałam ostatnie odpowiedzi, że niestety muszę sobie radzić sama. Dlatego zapakowałam się w stary plecak, o wiele mniejszy niż to, co potrzebowałam i oczywiście z zepsutą regulacją szelek  itd. W sam raz na dłuższy marsz.

Mogłam przewidzieć, że jak to się mówi – nieszczęścia chodzą parami i jak się coś ma spieprzyć, to się spieprzy i to najlepiej wszystko na raz.

Gdy już się spakowałam i cudem (naprawdę cudem!) upchnęłam wszystko w jednym plecaku i wymyśliłam jak przytroczyć do niego drugi (z jedzeniem rzecz jasna) i karimatę, dostałam wiadomość od Magdy, że jej pociąg ma opóźnienie i to raczej takie, przez które nie zdąży na nasz pociąg do Katowic. Szlag mnie trafił kolejny raz tego dnia, ale na spokojnie wypiłam kawę z mojego półlitrowego kubka i poszłam sprawdzić, czy mamy jakiś inny pociąg, bądź autobus, żeby zdążyć na nasz pociąg do Rzeszowa. Jak się okazało, coś mi się popieprzyło i nie dość, że nie ma żadnego pociągu żeby zdążyć, to w dodatku TLK z Katowic do Rzeszowa odjeżdża godzinę wcześniej niż mi się wydawało. Czyli wniosek jeden – z tej opcji dojazdu nici.

Oczywiście pociąg Magdy spóźnił się tak bardzo, że uciekł nam autobus do Katowic i na następny musiałyśmy czekać. Czekałyśmy z nadzieją, że zdążymy przynajmniej na PKS do Olszanicy, co będzie dla nas opcją trochę droższą (dla Magdy trochę, dla mnie cholernie droższą z racji zniżek na PKP). Po takim początku dnia nie spodziewałyśmy się dobrych niespodzianek, jednak okazało się, że być może nie ma tak źle i facet, który siedział obok nas w autobusie (bardzo dziwny facet, tak swoją drogą), ma rozkład pociągów z Katowic i wynalazł nam jakieś inne połączenie do Rzeszowa. I na tym znowu skończyło się nasze szczęście, bo po przyjściu na dworzec postanowiłyśmy oddać, albo przynajmniej przebukować nasze bilety. Zgodnie z instrukcją na okienkach udałam się pod kasę wydającą bilety TLK, gdzie po chwili czekania na swoją kolej zostałam odesłana w inne miejsce (sama musiałam wpaść na to, w które), ponieważ mój bilet był (UWAGA!) zielony, a oni mają inny kolor druczków. Upewniłam się jeszcze chyba z trzy razy, czy to, aby na pewno jest jakaś różnica, skoro jeden i drugi bilet jest na Tanie Linie Kolejowe i w ogóle … Jak się okazało, dla tej Pani, czy tam dla kolei – jest to ogromna różnica. Trudno. Poszłam do normalnego okienka, gdzie odczekałam swoje w kolejce, dzięki Bogu jakiś Pan nas wpuścił przed siebie, bo zobaczył, że nam się śpieszy i zapewne myślał, że zajmie to chwilkę. Też tak myślałam, ale znowu (sic!) byłam w błędzie. Pani z tego okienka nie miała w ogóle pojęcia, o jakim pociągu mówię, co to jest za bilet i dlaczego przyszłam z nim do niej, a nie do okienka TLK. Na hasło o innym kolorze biletu parsknęła śmiechem, co pewnie i ja bym zrobiła, gdybym nie była aż tak wkurzona. Później chyba przez dziesięć minut pisała baaaardzo ładnym i pracochłonnym pismem, że bilet całkowicie niewykorzystany i coś tam, coś tam. Poszła się kogoś spytać ile może nam zwrócić pieniędzy. Uprzejmy Pan, który zamienił się z nami miejscem, przeszedł do innego okienka i zdążył już zostać obsłużony. A my nadal czekałyśmy. W końcu udało się i z dwoma nowymi biletami w dłoni i zwróconą różnicą między biletami poszłyśmy na peron. Nie zdążyłyśmy nawet zrzucić plecaków i zastanowić się, na który tor podjedzie nasz pociąg, gdy usłyszałyśmy to, co wszyscy podróżujący PKP uwielbiają – że nasz pociąg ma 40 minutowe opóźnienie i oczywiście wisienka na deser:

-Opóźnienie to może ulec zmianie.

I oczywiście uległo. W momencie, gdy dostałam pierwszego smsa od Ewy z pytaniem, gdzie jesteśmy i czym jedziemy, siedziałyśmy na peronie w Katowicach i nie byłyśmy ani chwilę bliższe dojechania na miejsce niż parę godzin wcześniej. Żeby jej nie martwić odpisałam, że jedziemy, a kwestię tego czym – to ominęłam. Nie tylko, dlatego, żeby się nie stresowała, ale po prostu sama nie wiedziałam, czym i kiedy dojedziemy na miejsce. I czy w ogóle.

Czekając na pociąg wymieniałyśmy się spostrzeżeniami, co jeszcze może się spieprzyć i zabrałyśmy się za jedzenie. Po prawie dwóch godzinach czekania pociąg wjechał na stację, udało nam się zająć miejsce siedzące i w końcu ruszyć w trasę. O dziwo nasze bilety były dobre, nikt nie pomylił się przy wymianie, my nie pomyliłyśmy pociągu i w ogóle.

Gdyby nie to, że w pociągu zaczęło się robić coraz bardziej ciepło, byłoby dobrze. Na szczęście okna w pociągu się otwierały i spędziłyśmy połowę drogi wychylone na zewnątrz, ciesząc się jak dzieci. Z tym, że jak w końcu rozpadało się na dobre, byłyśmy zmuszone je zamknąć, żeby nie padało na innych pasażerów. Swoją drogą, jeśli już przy innych pasażerach jesteśmy – pozdrawiam serdecznie młodą Panią z teczką pełną CV jakichś ludzi. Nie i wcale nie było widać, że jak zakładała Pani okulary i zasłaniała się papierami, to śmiała się Pani z tego, co Ci ludzie tam wypisali. A mnie i Magdę wręcz ciekawość zżerała, co Pani tam czyta i co to w ogóle za firma. Ale co tam, pozdrawiamy! :)

Z lekkim opóźnieniem nabytym jeszcze na trasie, dotarłyśmy do Rzeszowa i zastanowiłyśmy się nad problemem „I co dalej”. Miałyśmy do wyboru albo znalezienie PKSa, albo próbowanie na stopa. Z tym, że w planach miałyśmy wcześniejszy przyjazd do Rzeszowa, żeby w razie niepowodzenia ze stopowaniem, mieć możliwość wrócenia na różne PKSy. Potem się to trochę pokomplikowało.

Oczywiście byłam za stopowaniem, szczególnie, dlatego, że nawet, jeśli gdzieś byśmy utknęły, to niespecjalnie bym się tym przejęła, a co, jak co, ale jazdę na stopa uwielbiam. Co chyba widać po tym blogu. Natomiast nie byłam pewna, co do Magdy, która nie dość, że była pierwszy raz w Bieszczadach, to nigdy stopem nie podróżowała. Dlatego najpierw poszłyśmy się zorientować w godzinach odjazdów PKSów. Okazało się, że jakąś tam opcję mamy. Z tym, że do Sanoka, z którego i tak musiałybyśmy się dostać dalej niewiadomo jak. Z tym, że wg Pani  z Informacji Turystycznej, z Sanoka do naszej Olszanicy powinno być więcej połączeń. Była też opcja bezpośrednio do Olszanicy, ale po 20. Długo nie musiałyśmy obliczać, o której byłybyśmy na miejscu i ile zajęłoby nam przejście 10km w zupełnych ciemnościach, do wsi, w której byłyśmy zakwaterowane. Byłyśmy już jakiś czas w Rzeszowie i mimo rozważania wielu opcji, nie posunęłyśmy się ani trochę do przodu. W końcu spytałyśmy się o cenę PKSu do Sanoka, a po usłyszeniu jej –zdecydowałyśmy się na stopa.

Poszłyśmy kupić bilety, na których kioskarz zapewne nas oszukał, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że przejazd kilku przystanków może kosztować 3 zł z groszami i, że nie ma zniżki uczniowskiej. W każdym bądź razie nie kłóciłyśmy się długo, tylko i wyłącznie, dlatego, że lepiej zapłacić więcej za bilet, niż później za mandat.

W autobusie w zasadzie nikogo nie było, więc nie przeszkadzałyśmy nikomu z naszymi tobołami, ale też nie było, kogo się zapytać, gdzie mamy wysiąść. Nie przejmowałyśmy się tym jednak i tak zupełnie na czuja, wysiadłyśmy w miejscu, które wydawało się odpowiednio oddalone od miasta i odpowiednie do zatrzymywania się nawet tira.

Zrzuciłyśmy plecaki na pobocze, nagryzmoliłyśmy na kartce duże litery „Sanok” (na odwrocie mojego spisu autobusów z Rzeszowa, bo oczywiście zapomniałam innych kartek, czy chociażby kartonu. Za to markera wzięłam!). Postałyśmy dosłownie chwilę, po czym zatrzymał nam się młody i sympatyczny człowiek. Mimo tego, że nasze plecaki były mocno nieforemne i duże, dałyśmy radę wejść do środka. Z tym, że mi było zupełnie wygodnie, Magdzie chyba trochę mniej, bo była zmuszona siedzieć przywalona tymi wszystkimi bagażami. Ale dała radę. Po krótkiej rozmowie nasz kierowca okazał się być byłym autostopowiczem i miał nas zawieźć do miejscowości niedaleko Sanoka. Nie był to zupełnie nasz cel, ale – zawsze do przodu. I w dodatku obiecywał nam, że wysadzi nas w takim miejscu, gdzie sam kiedyś łapał i na pewno ktoś nam się zatrzyma. Po drodze wstąpił jeszcze do Biedronki i w momencie, gdy wychodziłyśmy z auta, żeby nie czuł się skrępowany tym, że musi nas wyprosić, czy coś takiego, stwierdził, że jak nie chce nam się, to nie musimy wychodzić, że on zaraz wróci. I nie powiem, bardzo zdziwiło mnie jego zaufanie do autostopowiczów. Mimo tego, że kiedyś wcześniej sam jeździł. W międzyczasie przypomniało mi się, że potrzebujemy kartonu, więc wykorzystałam biedronkę i za zgodą kasjerki zwinęłam pudło po sokach. Po zakupach zostałyśmy wysadzone na przystanku w Brzozowie. Zrobiłyśmy sobie karteczkę od razu na Zagórz, z myślą, że może ktoś pojedzie dalej niż tylko do Sanoka i nie będziemy musiały przebijać się przez miasto.

Ja jeszcze postanowiłam skoczyć w okoliczne krzaki za potrzebą, która goniła mnie już od Rzeszowa. Okoliczne krzaki okazały się jak najbardziej niesprzyjające sikaniu, bo zaraz za nimi rozpoczynała się droga i zabudowania, gdzie ktoś robił grilla. Poszlajałam się jeszcze trochę po terenie i skapitulowałam, twierdząc, że do Zagórza wytrzymam, a tam może coś znajdę. Wróciłam na przystanek i wystawiłyśmy tabliczkę i kciuka (żeby każda miała coś do roboty :) ). Po chwili zatrzymał się busikowaty, czerwony mercedes z kierowcą, który pomógł nam załadować toboły do środka i jak się okazało – jedzie aż do Leska. Zazdrościł nam tego, że mamy wakacje i możemy sobie podróżować i zwiedzać. Nawet jeśli są to krótkie wakacje. On, jako kierowca i zarazem sam sobie szef – może i sporo jeździ, ale nie ma czasu zwiedzać. Chociaż przyznał nam się, że jak już jedzie za granicę, to szlag go trafia i wtedy już zwiedza, bo nie mógłby sobie tego odpuścić. Przepraszał nas też za muzykę, jaką puszczał, w momencie, gdyby nam się nie podobała, ale był skazany na radio, bo nie miał żadnych płytek. Poruszyliśmy także temat tego, dlaczego podróżujemy tylko we dwie, a nie wzięłyśmy sobie żadnych facetów. Po chwili jednak doszliśmy do wspólnego wniosku, że czasem trzeba się od nich wyrwać i zresztą – nie bierze się drewna do lasu ;) .

Nasz kierowca specjalnie dla nas przejechał przez centrum Sanoka, żebyśmy mogły sobie cokolwiek zobaczyć. A później, gdy go poprosiłam, żeby przez CB powiedział, że ma dwie autostopowiczki, które jadą do Olszanicy i czy ktoś nas nie chce zabrać, od razu się zgodził, dziwiąc się, że sam na to nie wpadł. Stwierdził natomiast, że jesteśmy pomysłowe i zaradne, przez co damy sobie radę w podróży. Akurat pomysł z wykorzystaniem CB jest stary jak świat, albo przynajmniej jak samo CB, ale mimo wszystko miło coś takiego usłyszeć. Szczególnie, że dosłownie po chwili odezwał się kierowca, który zgodził się zabrać nas z Leska do Olszanicy. Zostałyśmy wysadzone na zatoczce przy parku, gdzie trwał jakiś festyn, aby po chwili zabrał nas stamtąd starszy człowiek, jeżdżący także trochę starszym, czerwonym Peugeotem. Jak się okazało, był kiedyś przewodnikiem po Beskidzie Niskim i polecił nam parę tras po Bieszczadach. Wysadził nad pod Delikatesami w Olszanicy, skąd musiałyśmy radzić sobie same. Zaraz za naszym autem zatrzymało się kolejne, z którego wyszedł autostopowicz, który rzucił nam się w oczy jak jechałyśmy z naszym byłym przewodnikiem. Od razu wystawiłyśmy tabliczkę z nazwą naszej wsi, z myślą, że jak już kogoś zabrał, to zabierze i nas. Z tym, że okazało się, że on tego chłopaczka tylko wyrzuca, bo dalej nie jedzie. Za to chłopaczek jak najbardziej idzie w naszą stronę, odwiedzić swoją (podobno byłą) dziewczynę (Oaza w naszej docelowej wsi). W takim razie ruszyliśmy w drogę już w trójkę, a Sebastian (bo tak nazywał się owy autostopowicz) okazał się być bardzo sympatyczny. Jechał całą drogę na stopa z Krakowa, a następnego dnia wracał do domu. A to nam się wydawało, że przejeżdżamy kawał Polski, żeby zaraz wracać!

I kolejny raz zobaczyłyśmy tego dnia wyższość autostopu nad innymi środkami lokomocji. Pół dnia straciłyśmy na opóźnieniach pociągów, potem różne dziwne sytuacje ze zwrotem biletów, drogie ceny PKSów. A autostopem bardzo szybko dotarłyśmy do celu i to w cudownych humorach, dowiadując się wiele o ludziach. A Sebastian byłby na miejscu o wiele wcześniej, gdyby nie to, że nie chciało mu się wstawać. A my nie dość, że musiałyśmy wcześnie wstać, to byłyśmy w Olszanicy o tej samej, później godzinie, co on.

I całe 10km musiałyśmy przejść z buta, ale nie było to problemem, bo szło się w miłym towarzystwie. Jedynym problemem była beznadziejność naszych plecaków, które z zepsutą regulacją ramion (mój) i stelażem (Magdy) obciążały plecy i ramiona, a w dodatku … i to chyba najgorsze – opadały na tyłki, które obcierały – dość boleśnie.

Oczywiście łapanie stopa na wsi, w trzy osoby, z trzema dużymi plecakami i gdy zaczyna się już ściemniać – nie należy do najłatwiejszych. We dwie złapałybyśmy o wiele szybciej, ale nie chciałyśmy pozbywać się sympatycznego Sebastiana, który dodatkowo zaserwował nam obiad – chleb z konserwą! Niebo w gębie!

Na miejsce dotarliśmy po dwóch godzinach marszu, ale przecież wcale nam się nie śpieszyło. Trafiłyśmy prosto na rodzinną imprezę, którą przeczekałyśmy w stanie „śmierdzącym i spoconym”, aby potem wskoczyć do wanny ciepłej wody, na świeżym powietrzu. Coś wspaniałego, gdyby nie to, że potem trzeba było z tej wody wyjść. Na szczęście mogłam spokojnie skorzystać z toalety, a przecież mój pęcherz męczył się od Rzeszowa …

Bum, Bum, Bum … Musze coś z sobą zrobić. Nie dość, że dużo gadam, to dużo piszę.Cały opis tego 4 dniowego wypadu zajął mi 8 stron A4 pisanych najmniejszą czcionką. Dlatego podzielę to na dni, żeby nikogo nie zabić ogromem treści. A co!

A kto nie chce, niech nie czyta :)

Pozdrawiam,

Paulina!

PS I nadal czekam na zdjęcia od Magdy … Ale czy się doczekam … To pewnie nie :P

2 odpowiedzi na „Zabieszczaduj dzisiaj z nami … Dzień 1

  1. huu. nasze bieszczady równie, kurwa, zielone. i piękne. czekam na ciąg dalszy. ps. sama wiem coś o sikaniu w stresie! kierowca pks nie należy do cierpliwych.

  2. Seria Niefortunnych Zdarzeń z Happy Endem! Grunt to się nie poddawać i byle do przodu ;)

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s