Into the Wild

Dwa lata wędruję po świecie. Żadnego telefonu, żadnego basenu, żadnych domowych zwierzaków, żadnych papierosów. Totalna wolność. Esteta, podróżnik, którego domem jest droga. Uciekł z Atlanty. Nie będziesz powracał, pamiętaj sobie, najlepiej jest na zachodzie. Teraz, po dwóch latach wędrówki, nadchodzi najważniejsza i największa przygoda. Ostateczny bój, aby zabić fałszywe istnienie wewnętrzne i zwycięsko zakończyć rewolucję duchową. Dziesięć dni i nocy w pociągach towarowych i autostopem przywiodło go na wielką, białą północ. Nie będzie już zatruwany przez cywilizację, od której ucieka; wchodzi samotnie w krainę, by zagubić się w dziczy.

Alexander Supertramp, napisał te słowa te po odkryciu „magicznego autobusu” podczas swojej “Wielkiej Alaskańskiej odysei”. Christopher Johnson McCandless, bo tak naprawdę się nazywał, swoim życiem zainspirował Jona Krakauer’a, który napisał o nim książkę. Później na jej podstawie nakręcono film. Tytuł „Wszystko za życie” („Into the Wild”) niektórym mówi pewnie wiele. Szczególnie, jeśli chodzi o rzesze podróżujących, którzy przez niego poczuli chęć poznania prawdziwego życia.

Z racji takich, a nie innych … zaistniałych okoliczności, raczej nie za szybko pojawi się tutaj relacja z jakiejkolwiek podróży. Dlatego odszukując stare zapiski, przedstawię recenzję wyżej wspominanej książki. Z dedykacją dla tych, którzy szukają tego „czegoś”. I dla wszystkich, którzy jeszcze nie zaczęli. I być może nigdy nie zaczną.

Książka opowiada o młodym mężczyźnie, który od początku swojego istnienia był „inny”. Już, jako dziecko miał nietypowe podejście do życia i rodziny. Szczególnie rodziców. Tak naprawdę szanował tylko i wyłącznie siostrę. W pewnym momencie postanowił porzucić wszystko, nawet swoje ukochane auto, którym odbył wiele podróży, i wyruszyć w ostateczną wyprawę. Poznawał różnych ludzi, różne miejsca. Jednak do nikogo nie potrafił naprawdę się przywiązać. Nie tego widocznie poszukiwał. Aż w  końcu odnalazł swój życiowy cel – dotrzeć na Alaskę i odświeżyć szlak Stampede. Doskonale wiedział, jakie podejmował ryzyko. Jednak mimo wszystko zatopił się w alaskańską dzicz, wyposażony jedynie w znikomą ilość ryżu. Tym, którzy próbowali go powstrzymać, mówiąc, że to wręcz samobójstwo powtarzał, że przecież z mniejszą ilością pożywienia przeżył na pustyni. Postanowił, że nie będzie miał ze sobą mapy. Ten fakt przyczynił się między innymi do jego porażki. Inspiracja Londonem i innymi pisarzami pchała go ciągle przed siebie. A podróż skończyła się tragicznie. Czy jednak można zaryzykować stwierdzenie, że bohater zrobił to, co chciał osiągnąć? Odnalazł swój cel, zrealizował go, a przynajmniej próbował realizować i mimo iż zginął – zwyciężył? Ocenę pozostawiamy sobie. Każdy kto przeczyta tę książkę zapewne będzie miał na ten temat swoją opinię.  A pomóc w ocenie może nam jego pożegnanie, które napisał na odwrocie kartki z fragmentem wiersza Robinsona Jeffersa „Mędrcy w chwilach zapomnienia”.

Miałem szczęśliwe życie i dzięki ci, Panie. Do widzenia i niech Bóg was wszystkich błogosławi!

Polecam poczytać Wam o Chrisie tutaj http://pl.wikipedia.org/wiki/Christopher_McCandless

I teraz trochę mojego komentarza. Książkę czytałam przyjemnością. I chociaż nie rozumiałam wszystkich decyzji bohatera – byłam z nim. Jak z prawdziwym podróżnikiem. Z kimś, kto miał tyle odwagi, żeby zerwać z dotychczasowym życiem i podążać wybraną drogą.

Jednak nie potrafię zrozumieć, dlaczego w taki, a nie inny sposób podchodził do rodziny i ogólnie – ludzi. Usłyszałam komentarz, że obchodziło go tylko i wyłącznie jego życie, jego tyłek. Nie zwracał uwagi na pozostałych, przez co sprawiał wielu osobom przykrość. Ranił.  Skrzywdził rodzinę. Przede wszystkim rodziców. A nawet siostrę, którą przecież szanował. Widocznie całkowicie pochłonęła go droga i wędrówka. Jednak nie mogę go w całości usprawiedliwić. Co innego poszukiwanie własnego miejsca, co innego krzywdzenie bliskich. Nawet, jeśli nie myślą podobnie jak my, nie żyją w „tym samym świecie”.

Książka jednak inspiruje. Podróż Chrisa daje siłę i wielu, w tym po części także i ja – chciałaby podążać jego szlakiem. Dobrze wiem, że gdybym z ekwipunkiem, którym dysponował McCandles „przecierała” szlaki Alaski, miałabym znikome szanse na przeżycie. Zdaję sobie z tego sprawę, podobnie zapewne jak Chris. I tutaj się różnimy. Podchodzę do tego typu spraw inaczej i poczekałabym trochę, zapewniła sobie odpowiednie produkty i dopiero wtedy wyruszyła. Przecież nikt nie powiedział, że racjonalne podejście do niektórych spraw i wolna podróż się wykluczają. Nie chcę zginąć. Wolałabym po wielu latach usiąść w fotelu, przed kominkiem i móc dzielić się swoimi opowiadaniami z innymi. Pokazywać zdjęcia, dzienniki z podróży. A może i planować dalsze przygody. Co innego udać się na pewną śmierć, tym samym odbierając sobie radość z sukcesu wędrówki, co innego zginąć, spełniając swoje marzenia. Bo czy takiego finału nie można było uniknąć?

Dzieło Krakauer’a daje chęć do wędrówki, ukazuje jej sens w nowym świetle. Podobnie oddziałuje podobno film – którego jeszcze nie miałam okazji obejrzeć. Ale być może to i dobrze, gdyż zawsze lepiej przemawiają do mnie literki na papierze. Można je wtedy bardziej poczuć, bo książkę każdy widzi w swój sposób, taki, który nas najbardziej pociąga, motywuje i nakręca. Unosi. Film to wizja reżysera i gra aktorów.

Znam ludzi (głównie jednak z opowiadań), którzy od tej książki zaczynają przygodę z wędrówką i autostopem. Także takich, którzy po przeczytaniu tej historii dostają swoistego „kopa” w cztery litery i dopiero wtedy analizują naprawdę swoje życie. Niektórzy widzą wtedy, że zmarnowali szansę, inni – że robią to, co właśnie powinni.  Moim zdaniem tego typu literatura, szczególnie, jeśli oparta jest na faktach, daje chęć dalszej wędrówki, dalszego życia. Szczególnie tym, którzy czują „przygodę”. Chcą wejść na drogę i nigdy z niej nie schodzić. Iść za marzeniami. I chociaż bohater zginął tragicznie, podejrzewam, że nie żałował. I to jest najważniejsze. I chociaż nie we wszystkim się z nim zgadzam i wiele rzeczy zrobiłabym w inny sposób. Nie wiem czy lepszy, ale – inny. Podziwiam, że miał odwagę.

Polecam. Nie tylko tym, którzy wędrują, ale także wszystkim, co chcą zacząć. Także ludziom, którzy są przeciwni tego typu przedsięwzięciom. Być może opowieść o Chrisie nie jest najlepsza do przekonania, bo kończy się śmiercią, a w dodatku pokazuje obraz krzywdy, jaką wyrządził rodzinie i znajomym. Jednak każdy, kto chociaż odrobinę pomyśli –  zrozumie, że nie zawsze tak to wygląda. Wszystko zależy od tego, jaki cel sobie postawimy  i w jaki sposób do niego dążymy. Najważniejsze jednak, żeby się odważyć.

*Kiedyś ktoś mi zarzucił, że „niepotrzebnie zdradzam zakończenie i to, że główny bohater zginął. Nie zdradziłam tego, autor książki nie przedstawia zdarzeń w sposób ściśle chronologiczny. Od początku wiadomo, że Chris zginął, a potem rozpoczyna się swoiste „dochodzenie”. A raczej – podążanie szlakiem wędrowca. Z wspomnieniami samego autora.

Pozdrawiam,

Paulina!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s